Wtorek rano . Fuksem nieopodal byl wulkanizator, ktory zadzwonil po mechanika. Okazalo sie, ze aku nam padly, Beli nad ranem tez. Wulkanizator pojechal po czesci, kupil herbate, fajki, jesc w domu chcial dac, a na koniec powiedzial , ze on tylko pomaga i nic nie chce w zamian , zapominajac nawet, ze wylozyl z wlasnej kieszeni na wszystko. Tak wiec skonczylo sie tylko na uregulowaniu kosztow, uscisk dloni, good bye i jazda. Godzina 15, przejechalismy 40 km i Beli linka sprzegla sie urwala. Godzina na wymiane ( mielismy zapasowa ) i sciemnilo sie. Zawitalismy do hotelu przy drodze ( 800 rupii - tak , tu tez nei zmieniaja przescieradel, ale jest bojler ).
20. 1.2010
Wyjechalismy probujec w koncu osiagnac ten Jaipur. Heh , zaczely sie dlugo oczekiwane przez nas Indie. Temeratura wzrosla do ok 25C ( w Delhi 8 - 14 ), slonczko, przyjemnie, po pojawiajacych sie sloniach, wilbladach i koniach widac blo , ze wjezdzamy do Rajastanu. Dup !!! Lancuch mi sie urwal. Szczescie , bo 500 m od mechanika. Po dwoch herbatach i 1,80 zl za naprawe bylismy znow na szlaku. Przed samym Jaipuremzatrzymalismy sie pod szczytem wzgorza, na torym zbudowano fort Jaigarh. Fajna miesjscowka, hamaczki, ognisko, zaczela sie wyprawa.
21. 1. 2010
Zostalem obudzony prze darcie ryja pawi, ktorym rozlozylismy sie na zerowisku. Po spakowaniu manatkow pojechalismy zobaczyc fort. Nastepnie do Japuru wymienic kase, kupic czsci do bzykow, piwo, jedzenie i wlasciwie dzien dobiegl konca. Spotkalismy czterech Indian, ktorzy po krotce zaoferowali nam pomoc w uzyskaniu prawka. Umowilsmy sie na jutro i pojechalismy nocowac na tej samej miejscowce.
Katastofa !!! butelka whisky spadla z motoru i poszla w cholere .
Wjezdzajac serpentnami na gore , moja maszyna zgasla i okazalo sie, ze skrzynia odmawia posluszenstwa. Wiec znowu nocowalismy na ulicy, hamaczki, ognisko, piwko i nei jest tak zle. w nocy odwiedzila nas zatroskana policja. Poswiecili latarkami, poprosili o ostroznosc i pojechali. Jakis czas pozniej zajechalo czworo pijanych tubylcow troche nas postraszyc. Podarli ryja i pojechali. A rano okazalo si e, ze razem z nimi moj statyw ( przepraszam brat, zal dupe sciska ) i kask Beli.
22.1.2010
Na luzie z gory dojechalem do Jaipuru. Gdy sie zatrzymalismy miejscowy restaurator, toy stalo obok, zadzwonil po mechanika, wpakowal na s do auta, zawiozl do siebie na herbate, a nastepnie do hotelu ( 250 rupii ) . O 15 spotkalismy sie z koleciami od prawka. Bylo duzo gadki o exportinteresach itp. Dali jesc , dali pic, mielismy wieczorem zwidzac z nimi Jaipur, pogadac , etc. Ale szwindlem nam smierdzailo wiec olalismy sprawe.
23.1.2010
Dzien rozpoczelismy od spacerku do centrum , celem obejrzenia obserwatori Jantar Mantar. Natepnie chcielimy motoriksza udac sie do fortu Nahargarh gorujacego na d Japurem, ale zaden cwaniak nie chical jechac za mneij niz 400 rupii, wiec stwierdzilismy , ze pojedziemy na bzykach. Odebralismy motory ( u mnie poszlo lozysko w skrzyni , Beli uszczelka sie pocila ) i spotkalismy sie z naszym znajomym restauratorem na herbacie.
24.1.2010
Rano na motorach pojechalismy na fort Nahargarh - robi wrazenie . Widzialem tez kilka latawcow puszczanych w calym miescie. Smieszna sprawa, bawia sie w to wszyscy, a polega to na kasowaniu przecinika. Latawce maja specjalna linke pokryta jakims materialem sciernymi za jej pomoca i jej odpowiednia manipulacja mozna scia linke latawca fruwajacego obok. Skutkeim tego wszedzie na ulicy , w drzewach walaja sie paiepowe latawce.